K. Buaczidze i spotkanie z Mołotowem

Pewnego razu, w połowie lat siedemdziesiątych, spotkał Mołotowa na ulicy pisarz gruziński, K. Buaczidze, który przesiedział wiele lat w więzieniach i obozach jako „wróg ludu”. W jednej z nie opublikowanych prac pisał:

„Zdarzyło się to mniej więcej przed dziesięcioma laty w Moskwie. Mieszkałem wtedy u brata i często przechodziłem przez Bulwar Twerski, I oto pewnego razu wieczorem rzuciła mi się w oczy gdzieś już widziana, i to wielokrotnie, trochę spłaszczona twarz niewysokiego staruszka, spacerującego w towarzystwie mężczyzny w podeszłym wieku, lecz jeszcze nie starego, który, nawiasem mówiąc, nie mógłby chyba pracować nawet w młodości w ochronie osobistej ze względu na słabowitość.

Przyjrzałem mu się nazajutrz i na trzeci dzień. Mój Boże, znam te okulary, ale gdzie ja go widziałem? Może na zdjęciu? Ba, to przecież sam Mołotow, Wiaczesław Michajłowicz, który nosił w młodości piękne nazwisko muzyczne Skriabin. Przez długie lata, i to jakie! był drugim człowiekiem w wielkim państwie, i to po kim! Po wielkim Stalinie!

… I oto ja, obecnie już były, «wróg ludu», a więc i jego osobisty «wróg», choć był on wówczas dla mnie tak odległy i nieosiągalny jak gwiazda polarna, mogę teraz przejść obok niego zupełnie blisko i jeśli pozwoli sumienie, nawet bez przeprosin, jakby niechcący trącić jego szarą marynarkę, na której klapach nie ma już żadnych odznaczeń, jakbyśmy byli równi wśród równych: i on wyborca, i ja wyborca, ale nie wybierani.

A był czas, kiedy na kolanach (dosłownie na kolanach, stolika przecież nie było) pisałem do niego (i czy tylko do niego?) z miejsca zesłania. A może by podejść i przedstawić się? Od najmłodszych lat przyzwyczajony odnosić się z szacunkiem do starszych podszedłem bardzo grzecznie, lecz nie bojaźliwie do byłego przewodniczącego Rady Ministrów ZSRR, podszedłem jak równy do równego. A kiedy się z nim przywitałem, od razu poznał po moim akcencie:

– A, pan jest Gruzinem? Nigdy nie ukrywałem i teraz nie ukrywam, że zawsze odczuwałem słabość do Gruzinów.

– Prawdopodobnie z powodu Stalina?

– Chyba tak.

Po uprzejmych pytaniach o zdrowie: „Pan, Wiaczesławie Michajłowiczu, wiele lat, i to jakich lat! pracował ramię w ramię ze Stalinem, tylko pan miał prawo zwracać się do niego per ty, nazywać go młodzieńczymi imionami – raz Koba, raz Soso, C2y nie nosi się pan z zamiarem napisania o nim prawdziwych wspomnień? Wie pan, dla historii to niezwykle ważne.

– No, napisałbym, ale… A kto to wydrukuje?!

Słowa «a kto to wydrukuje» Wiaczesław Michajłowicz wypowiedział z takim smutkiem, jak gdyby to nie on (razem ze Stalinem) zaszczepił to w naszym kraju, w naszym życiu, lecz ktoś inny, powiedzmy taki człowiek jak ja, to znaczy wróg ludu, nawet zrehabilitowany”.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>